Czytam i normalnie jakbym sam to wszystko napisał: sraczka przed wyjściem z domu, tragiczne poranki, panika w komunikacji miejskiej, zimne poty w supermarkecie, rezygnowanie z wyjazdow, obcykane wszystkie kible w okolicy... No i co chyba najgorsze, to stresowanie się na zapas, czyli najprostsza droga do samozagłady. Mam wiele przemyśleń z obserwacji własnego irracjonalnego zachowania, ale nie o tym chcę pisać. Napiszę tylko co mi pomaga. Ogolnie, jest to doprowadzenie do sytuacji (lekko) stresowej, nad ktorą mam jakąś kontrolę, a ktora nie ma związku z naszymi nerwicowymi problemami. Jeden z przykładow - wspinaczka na ściance lub w skałach. Co się wtedy dzieje? Otoż nie jestem w stanie myśleć o tym, jak jutro dojadę do pracy, a myślę tylko o tym, jak się ustawić żeby nie spaść (choć mam asekurację). Na mnie działa, choć niestety wspinać się nie za bardzo lubię. Drugi przykład - jazda motorem przez miasto, w tym przez korek. Jadąc na jednośladzie musisz być cały czas skoncentrowany, czarne myśli mogą nadejść jedynie jak stoisz na światłach, bo w korku nie stoisz, tylko się czujnie przebijasz do przodu między autami. Co jeszcze jest fajne to to, że skutki tych działań utrzymują się przez pewien czas, nawet do następnego dnia. Krotko mowiąc, staram się doprowadzać do sytuacji, w ktorych lęk jest uzasadniony (adrenalina?), a gdy sytuacja jest rozwiązana, pojawia się satysfakcja (endorfiny?). Jak ostrzejsza jazda na nartach? Jak udany atak z drugiej linii grając w siatkowkę? Jak oglądanie dobrego horroru? Jak mecz na Legii?

Pamiętacie to jeszcze?
Głosowałaś/eś już na tę wypowiedź